Kto powinien zająć się rannym dzikim zwierzęciem na drodze?

Po raz kolejny wraca temat niejasnych przepisów dotyczących sytuacji rannego na drodze zwierzęcia. Opisywane w dzienniku “Metro” zdarzenie miało miejsce nocą pod Warszawą. Świadkowie zdarzenia, policjanci i strażnicy miejscy chcieli uratować ranną, potrąconą samochód sarnę, niestety okazali się bezradni, zwierzę trzeba było dobić – jak czytamy.

Łańcuszek bezsilności jest następujący: poinformowana o potrąconym zwierzęciu straż miejska zawiadomiła weterynarza, z którym gmina ma podpisaną umowę. Ten odmówił przyjazdu, bo jego umowa nie obejmuje dzikich zwierząt. Strażnik próbował połączyć się z łowczym. Tymczasem na drodze trzy prywatne osoby, wolontariusz i dwóch policjantów bezradni próbowali uspokajać cierpiące zwierzę. Gdy znaleźli prywatnego weterynarza, który zgodził się zobaczyć zwierzę, ten postawił warunek dowiezienia sarny. Policjanci nie mieli żadnego worka, folii czy koca, żeby ułożyć na nim zwierzę. U weterynarza i ustaleniu, kto zapłaci za usługę, niestety okazało się, że zwierzę można już tylko uśpić. Asp. Maciej Blachiński, oficer prasowy Komendanta Powiatowego Policji w Piasecznie: „Sytuacja była patowa. Policjanci w takiej sytuacji mają za zadanie zabezpieczyć miejsce wypadku, nie są uprawnieni do udzielania pomocy zwierzęciu”.

W 2012 r. doszło do ponad 18,6 tys. kolizji i potrącenia zwierząt, w tym roku już do blisko 5 tys. Nie wiadomo, ile z nich dotyczyło dzikich zwierząt (policja ma tylko zbiorcze dane). Ale jeśli sarna, jeleń czy borsuk przeżyje zderzenie z samochodem, ma niewielkie szanse na pomoc lekarza. Przepisy dotyczące dzikich zwierząt są bowiem nieprecyzyjne i rozrzucone po kilku ustawach. A gminy i starostwa różnie je interpretują.

Kto powinien zająć się rannym zwierzęciem? Takie pytanie wysłali redaktorzy „Metra” do Ministerstwa Ochrony Środowiska. Z odpowiedzi resortu wynika, że kierowca, który potrącił sarnę, ma obowiązek udzielenia pomocy zwierzęciu lub zawiadomienia jednej ze służb (według ustawy o ochronie zwierząt chodzi o służby dysponujące bronią jak policja, straż miejska, straż ochrony kolei). Jeśli odjedzie, grozi mu kara grzywny. Jeśli ranne zwierzę stanowi zagrożenie dla innych kierowców, trzeba zawiadomić policję. Policjant (według ustawy o ochronie zwierząt) może zabić zwierzę, by ulżyć jego cierpieniom (podobnie jak każdy funkcjonariusz uprawniony do noszenia broni). Interweniować może też każdy lekarz weterynarii (niezależnie od specjalizacji).

Komplikacje zaczynają się, jeśli zwierzę przeżyje. Prawo łowieckie nie mówi nic o rannej i potrzebującej pomocy zwierzynie! Określa tylko, że starostwa powinny mieć podpisane umowy na odławianie zwierzyny łownej, udzielanie jej pomocy i utylizację padliny. Nie precyzuje, jak pomoc miałaby wyglądać – w efekcie może to być zastrzelenie, by ulżyć cierpieniu. W odpowiedzi resortu czytamy też, że właściwie jest to problem gminy, bo inne przepisy wpisują ochronę środowiska do jej zadań. Ktoś, kto chce pomóc rannemu zwierzęciu, musi więc na własny koszt zawieźć je do weterynarza i opłacić leczenie, a później pobyt w ośrodku rehabilitacji dla dzikich zwierząt. Jest ich jednak w kraju niewiele. W najbliższym w Warszawie usłyszeliśmy, że przyjmują ranne sarny, ale tylko z wypadków w Warszawie. Tak stanowią przepisy.

Źródła:
Metro.pl: „Chcieli uratować ranną sarnę, okazali się bezradni. Przepisy nie pozwalają”
Tygodnik PD@N

<< wróć